jump to navigation

Nowy jak nowo narodzony Styczeń 7, 2011

Posted by zibi in z palca wyssane.
1 comment so far

Jak nowo narodzony, część VI

-To chyba mamy problem. – jak widać mój niechciany kompan wykazywał zaskakującą trzeźwość umysłu.
Próbowałem przeanalizować raz jeszcze nasze położenie. Jestem w budynku pełnym uzbrojonych terrorystów, którzy na pewno zauważyli już moje zniknięcie i starają się mnie znaleźć. Dodatkowo, mam „pod opieką” ciamajdowatego pracownika telewizji, pana Borka. Perspektyw na bezkrwawe wyjście z sytuacji właściwie brak. Chociaż…
-Co robisz?! – Jacek najwyraźniej nie umiał czytać w myślach.
Szybkim ruchem przyciągnąłem do siebie gaśnicę przeciwpożarową i z pomocą buta ulokowałem ją pod klamką drzwi prowadzących do hallu, blokując je. Chwilę potem kopniakiem wywarzyłem drzwi ku dalszej części klatki schodowej, gestem nakazując technikowi pójście za mną. Gdy ostrożnie poruszając się dotarliśmy na drugie piętro, postanowiłem rozjaśnić nieco mgłę, której opary najwyraźniej zasnuły umysł zdezorientowanego Jacka.
-Jesteśmy na schodach ewakuacyjnych. Przy odrobinie szczęścia nie zajrzy tu żaden z kolegów w turbanach, przynajmniej na razie. Musieli dopiero co opanować budynek, i nie są jeszcze do końca rozeznani w terenie. I to jest właśnie nasza szansa na ucieczkę! Rozumiesz?
-Ale… przecież… drzwi wyjściowe są na dole – wydukał Jacek, poruszając przy tym inteligentnie szczęką i przewracając małymi oczkami, niczym Andrzej Gołota zapytany o samopoczucie po walce. Postanowiłem łopatologicznie wytłumaczyć towarzyszowi ucieczki swój genialny plan.

-Ty znasz budynek, ja mam broń. Uciekamy na dach, wzywamy śmigłowiec, odlatujemy i cieszymy się resztą życia z dala od Półwyspu Arabskiego, gumy arabskiej i innych tego typu zagrożeń, rodem ze świata islamu.
-Prawie jak w Bondzie… – skwitował po chwili technik, którego wzrok tym razem był szklisty i perłowy, jakby to właśnie on, a nie Kate Winslet wpatrywał się w głąb zimnego oceanu, wodząc wzrokiem za tonącym ukochanym, Leonardo Di Caprio, w „Tytanicu”. Coś w tym musiało być, skoro pan Jacek otrzymał posadę w telewizji. Jakiś producent filmowy musiał wiązać z nim wielkie plany, a do czasu znalezienia reszty równie utalentowanych aktorów, zatrudnił Jacka w zaprzyjaźnionej telewizji, chowając go przed konkurencją, co by nikt talentu technika nie odkrył. Przy ekranizacji mej najnowszej powieści, uzgadniając z reżyserem obsadę głównych ról, zaanonsuję Jacka do roli adwokata. Już widzę tą scenę, gdy Jacek swymi świńskimi oczkami wpatruje się w sędziego, poruszając na boki szczęką, by następnie wyrzucić z siebie nagle niczym karabin: „Wysoki Sądzie! Mój klient jest niewinny! On nic nie wie! Litości…”. Oscar murowany, nieśmiertelna sława zapewniona, kwatera na Powązkach zarezerwowana.
-Na pewno będzie dużo mniej dramatycznie, i wydostaniemy się stąd bez kłopotu – rzuciłem w celu uspokojenia mego towarzysza niedoli. Gotów jeszcze zejść na zawał przed finałową sceną i wtedy Wojewódzki straciłby przyszłego gościa.
Nie namyślając się długo, kazałem Jackowi prowadzić nas najkrótszą drogą na dach. Mój druch nabrał chyba nieco otuchy, albo po prostu jego instynkt samozachowawczy zaczął działać, gdyż technik poruszał się żwawo, ale ostrożnie. Wspinaliśmy się po schodach przeciwpożarowych coraz wyżej, gdy na wysokości siódmego piętra Jacek nagle przystanął.
-Ale jak zadzwonimy po pomoc? – zapytał, pozując tym razem na Barucha Spinozę, marszcząc dostojnie wysokie czoło.
Niestety tego szczegółu mój plan nie uwzględniał. Musieliśmy zdobyć telefon. Porywacze zwykle odcinają połączenia stacjonarne w zajmowanym budynku, zostają więc jedynie komórki. Istnieje oczywiście sprzęt tłumiący sygnał telefonów komórkowych, jednak wątpiłem, aby terroryści z EBA (Europejskich Brygad Allacha, mniej więcej) dysponowali tak wysoką techniką. Nie było zresztą innej drogi, aby się o tym przekonać, niż znaleźć telefon i wykonać połączenie. Z grymasem zirytowania na twarzy kazałem Jackowi zostać na miejscu i nie robić nic głupiego, a w razie niebezpieczeństwa myśleć o rodzinie a nie przesadnym bohaterstwie. Sprawdziłem zamek w pistolecie, przekląłem w myślach pierwszą żonę (kogoś musiałem), i delikatnie otworzyłem drzwi prowadzące na siódme piętro.

Cisza i spokój. Na pierwszy rzut oka piętro wyglądało na opustoszałe. Wzdłuż korytarza widać było pootwierane drzwi do prawie wszystkich pomieszczeń. Jarzeniówka migała nerwowo, i gdyby nie dość nowoczesna aranżacja wnętrza, pomyślałbym, iż jestem w jakimś opuszczonym hotelu. Stare pensjonaty nie są jednak zazwyczaj zajmowane przez uzbrojonych mężczyzn z Bliskiego Wschodu. A właśnie jednego z takich osobników, z AK74 (poznałem po charakterystycznej, skróconej kolbie) w ręku zobaczyłem w jednym z pokoi. Mężczyzna stał odwrócony w stronę okna, silnie gestykulując. Nie widział mnie, więc postanowiłem działać szybko. Przesuwając się po korytarzu w kierunku terrorysty, upewniłem się, iż pozostałe gabinety są puste. Gdy już tylko kila metrów dzieliło mnie od drzwi pokoju 725, którego „lokator” nadal mnie nie widział, usłyszałem przestraszony, kobiecy głos dochodzący z tego samego pomieszczenia. Pomyślałem, iż Ahmed (tak nazwałem pana z kałasznikowem w ręku) zapewne rozmawia przez radio z innymi terrorystami, będącymi w pozostałych częściach budynku. Nie rozumiałem co prawda języka, w którym się porozumiewał, ale prawdopodobnie informacje, które Ahmed właśnie otrzymał nie były zbyt pomyślne, gdyż rozzłoszczony cisnął krótkofalówką o ziemię. Odwrócił się w stronę drzwi, rzucił szybko: „Zamknij się i nie ruszaj, zaraz wracam” w kierunku, z którego dochodził głos kobiety, po czym odbezpieczył broń i ruszył do wyjścia. Szybko przysunąłem się do ściany, i w momencie, w którym Ahmed wychodził na korytarz, zadałem mu cios w głowę rękojeścią mego pistoletu. Mężczyzna zachwiał się. Nim moja broń dosięgła jego głowy po raz drugi, zdążył posłać mi jeszcze pełne zdziwienia spojrzenie. „Kolejny utalentowany”, pomyślałem, gdy Ahmed runął jak długi na podłogę. Wsunąłem ostrożnie głowę do gabinetu, z którego wychodził. W pokoju poza ogólnym bałaganem nie było nic ciekawego, jednak po lewej stronie znajdowały się uchylone drzwi do pomieszczenia obok. Dochodził stamtąd jakiś szelest. Z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, niczym Rico z Miami Vice, wszedłem do środka. Pod przeciwległą ścianą siedziała związana kobieta. Gdyby nie obecna sytuacja, pomyślałbym, iż mam szczęście. Kobieta mimo raczej niekorzystnej otoczki w postaci więzów i taśmy zaklejającej jej usta, wprost emanowała urodą. Szybko pomogłem jej pozbyć się zbędnych i źle dobranych dodatków, i otuliłem ramieniem dla powstrzymania drżenia jej ciała. Kobieta wtuliła się we mnie szybko, po czym jeszcze szybciej odskoczyła jak poparzona.
-Kim pan jest? – Nieźle, nić komunikacji została nawiązana. Wytłumaczyłem jej w kilku słowach co tu robię i co zamierzam, po czym spytałem ją o komórkę.
-Mam telefon przy sobie, nie zabrali mi jej.
-W porządku. W takim razie wynośmy się stąd!
-Tak, oczywiście. Biedny prezydent… – rzuciła pod nosem nieprzyzwoicie piękna nieznajoma.
-Słucham? – Byłem chwilowo oszołomiony wielkim uczuciem kobiety wobec głowy państwa.
-Mają prezydenta, akurat był u nas, chcą go zabić na antenie. Zajmuję się terroryzmem islamskim, robię reportaże. Stąd zrozumiałam, o czym mówili przez radio.
-Dlaczego w takim razie ten zbir był tak zły?
-Kazali mu szukać jakiegoś uciekiniera, nie wiem, mówił nie wyraźnie.
Ambiwalentne uczucia – oto czego doświadczałem. Mogłem uciec wraz z dwójką przypadkowych towarzyszy, ratując siebie i ich, ale zostawiając na pewna śmierć prezydenta. Mogłem też próbować pomóc głowie naszego państwa, bardzo ryzykując tym samym swój wspaniały żywot.
-Uciekamy? – niezmiennie zabójczo piękna nieznajoma nie pozwoliła mi dalej rozwodzić się nad problemem.
-Jeszcze nie. Mam tu coś zrobienia. – odpowiedziałem po chwili.
Niech to szlag, zostaję. Podniosłem z ziemi karabin Ahmeda, sprawdziłem stan magazynka, przekląłem w myślach byłą żonę (znów), po czym spojrzałem na kobietę.
-Uratujemy go- powiedziałem. Teraz to ja grałem; John Wayne w filmie „W samo południe”. A przynajmniej tak się czułem, zanim uświadomiłem sobie, iż me kłopoty w najbliższym czasie szynko ulegną nasileniu…

Reklamy

Historia wyb(i)orczo prawdziwa Wrzesień 28, 2010

Posted by zibi in z życia wzięte.
add a comment

via. Jacek Żakowski z GW

http://wyborcza.pl/1,75968,8338979,Historia_prawdziwa.html

966 – Książę Donaldo I popełnia niedyskrecję z Dobrawą, brak zabezpieczenia i wpadka. W wyniku nadchodzącego dziecka i presji tatusia Dobrawy, Donaldo zgadza się ochrzcić swój kraj, z zastrzeżeniem, iż w czasie chrztu będzie miał skrzyżowane palce. Chrztu dokonuje biskup z Niemiec, Angelus Merkel. Bracia Kaczyńscy mając zakaz wstępu do Gniezna, oglądają transmisję na żywo prosto z Krakowa.

1226 – Mazowiecki sprowadza Krzyżaków. Tusek wysyła smsy na audiotele, aby przybyli też Joanici i Templariusze. Ci jednak gardzą nami

1410 – Wielki Książę Donald na złotym koniu prowadzi Litwinów na pogrom Krzyżaków w stal zakutych. gdy nikt nie patrzy, roni łzę i piszę list, w którym obiecuje więcej Niemców nie tykać. dlatego Malbork im odpuszcza, niech mają i nie płaczą. Rycerz Cymański dostaje konia z rzędem

1683 – Grześ Schetyna po pijaku myli drogę, zamiast pod Wiedeń jadąc do wsi Korupcja. Komorowski wraz z żoną pokonuje Turków, po czym zdobywając janczarskie tabory, wybiera klejnoty dla żony, każąc wojsku iść w diabły. Poszli, do Karłowic. POtem POszli spać.

koniec XVIII wieku – bracia Kaczyńscy, Xawery i Szczęsny, graja w karty z Donaldem Branickim. Donald przegrywa, i z płaczem biegnie do mateczki Rosji. Rosja interweniuje wraz z kolegami, Kaczyńscy trafiają za kraty, Donald dostaje kontrakt na tańszą gorzałę i gaz ekstra.

Przełom XIX i XX w. – Kazimierz Przerwa Tusk oraz inni przedstawiciele Młodej Platformy tworzą swe dzieła, nie bacząc na przeszkody. Mały i zły car Lech gryzie nerwowo paznokcie

1920 – Donald radzi Budionnemu, by olał Warszawę i został pod Lwowem, bo tam też zorganizują Euro. Piłsudski wraz z szefem sztabu gen. Ziobro z nudów „robią” cud na Wisłą.

1939 – Dowódca Armii Poznań gen. Kaczyński prowadzi ofensywę na Bzurą. tymczasem Naczelny Wódz Tusk ucieka do Rumunii, wraz z adiutantem Pawlakiem. Warszawę 8 września poddaje Niemcom prezydent Gronkiewicz – Samba.

1944 – Generalissimus Tusk nakazuje swym wojsko postój na linii Wisły, pozwalając Niemcom na wyrżnięcie Powstania. Dowódca Armii Krajowej gen. Gosiewski – Putra ginie rok później w katastrofie lotniczej, lecą do Pruszkowa na spotkanie z Sowietami. przypadkowo i z błędu pilotów rzecz jasna

1980 – Batalion czołgów dla rozgrzewki jeździ pod stocznię i z powrotem do budyku Komitetu Centralnego Polskiej Platformerskiej Partii Obiboków. Robotnik z wąsami wraz z kolegą Bolkiem jedzą kanapki, Kaczyńscy bawią się śnieżkami. telewizory też śnieżą

1989 – w końcu Tuskowi udaje się namówić komunistów do wycieczki do Peru, bo tam ładne słońce. sam z kolegami wprowadza rządy prawa i sprawiedliwości, oraz irlandzkiego wręcz dobrobytu. zamieszkuje w willi nadwornego błazna Palikota i popija Żołądkową De Lux, czasem wypluwając jakąś ustawę. ludziom żyje sie lepiej…

Przemysław R. Klekot

Game seven… Czerwiec 17, 2010

Posted by zibi in owe sportowe dywagacje.
add a comment

…a ja nie mam telewizora. Mam za to wolny internet i jeszcze jutro rano egzamin. Więc na żywo meczu nie obejrzę ale może wieczorkiem jakąś powtóreczkę. Jakby nie było, typ na mecz siódmy może być tylko jeden:

Słowo klucz do wygrania finałów to według mnie : „Rondo”. Allen trafi za 3, Pierce swoje step backi, KG jump shooty, ale zgrać ich musi Rajon.
A na dobry początek świeży hymn Bostonu na mecz numer 7:

Pierwsze koty za płoty Czerwiec 4, 2010

Posted by zibi in owe sportowe dywagacje.
1 comment so far

Los Angeles Lakers – Boston Celtics 103:89

Boston w żadnej z czterech kwart nie mógł znaleźć swego rytmu gry. Za dwa faule bardzo szybko spadł Ray Allen, a zastępujący go na boisku drugi z Allenów, Tony, znów grał bez głowy. Już w serii z Orlando Tony miał więcej złych decyzji niz tych trafnych. Jednak odpowiedzialność za porażkę ponosi cała drużyna, która rozegrała naprawdę słabe spotkanie.

Przede wszystkim rzucała się w oczy dominacja Lakers w walce o zbiórki. Bardzo dobry mecz rozegrał w tym aspekcie Pau Gasol, ale Hiszpan zdążył już przyzwyczaić do swej dobrej gry. Celtics nie grali po prostu swojej defensywy. Garnett dawał zastawiać się pod koszem (tylko 4 zbiórki), nikt nie potrafił skutecznie powstrzymać Bryanta, choć ten nie szalał aż tak jak w serii z Suns. Celtowie popełniali tez dużo strat, szczególnie w pierwszej części meczu, gdy Lakers zaczęli uciekać z wynikiem. Poza tym gracze z Bostonu kompletnie nie mieli dnia na dystansie, gdzie trafili tylko jeden rzut na 10 oddanych. Zwraca uwagę nie tylko to jedno trafienie (autorstwa nota bene Sheeda), ale ogólnie stosunkowo mała liczba prób zza łuku. Gracze w zielonych koszulkach nie mieli dogodnych pozycji do takich rzutów, a jak juz mieli, to je pudłowali, szczególnie Paul Pierce. Choć ten akurat zdobył swoje punkty w tym meczu, będąc 13 razy na linii rzutów wolnych, i „ciągnąc” drużynę w ostatniej kwarcie.

Rajon Rondo rozegrał słabe spotkanie. Miał tylko kilka przebłysków geniuszu. Rozdał co prawda 8 asyst, ale co ciekawe z nim na parkiecie drużyna zanotowała bilans – 17 w punktach, co było najgorszym wynikiem w Celtics. Natomiast zastępujący Rondo (i grający przez chwilę obok niego) Nate Robinson mimo, iż nie trafił żadnego z 3 oddanych rzutów z gry, poderwał drużynę do walki, notując 4 asysty w ciągu 13 minut gry. Z nim na boisku Celtowie byli aż 10 punktów na plusie.

Kluczem do pokonania Lakers w niedzielę będzie defensywa. Bostończycy muszą opanować tablice, poprawić się na dystansie, lepiej operować piłką w ataku. Należy zwrócić uwagę, iż przy naprawdę słabym meczu przegrali raczej niewysoko, co może dawać pewien optymizm. Bardzo ważne jest, aby na mecze do Bostonu wracać z wynikiem remisowym w serii. Wtedy ostatnim meczem tych finałów może być nawet gra numer 5. Inaczej wszystko jest możliwe…

ps.
Paul Pierce napisał kilka dni temu na swoim twitterze coś takiego:
„In la gotta get me some roscos chicken and waffles”
To znaczy, że chyba niewiele robi sobie z presji, jaką starają się wywołać na nim dziennikarze z miasta aniołów, gdzie Paul przyszedł na świat.
Paul, jak zdobędziecie mistrza, przyślę ci smakołyki z Polski, na pewno lepsze niż jedzeniopodobne produkty z LA. Na razie jednak życzę smacznego i bierzcie zwycięstwo w meczu nr. 2 !

Jak nowo narodzony, part 5 Czerwiec 4, 2010

Posted by zibi in z palca wyssane.
add a comment

Trzymali mnie w dziwnym miejscu. Ciemne pomieszczenia piwniczne zdawałby się nie mieć końca. Korytarze za drzwiami prowadziły do następnych. Lokalizacja coraz bardziej nasuwała mi na myśl skojarzenia z labiryntem. Skomplikowane wyjście z gąszczu korytarzy tylko dodawało sytuacji aury tajemniczości. Błądząc po piwnicach, z bronią odbezpieczoną i gotową do strzału przy boku, myślałem o ostatnich kilku dniach.

Nie jestem przecież nudziarzem. Prowincjonalnym mądralą czy wielkomiastowym przybłędą też nie. Ale gdyby ktoś opowiedział mi jako autentyczną historię, składającą się z mych niedawnych przeżyć, nie uwierzyłbym. Mało prawdopodobne, aby jednemu facetowi przydarzyło się tyle raczej surrealistycznych zdarzeń, i to w tak krótkim okresie czasu. Tym bardziej zawodowemu kłamcy, bo przecież pisanie składa się w większości z układania wymyślonych historii w całość. To jak obiad w dzisiejszej restauracji. Na talerzach kilkanaście różnych potraw, a tylko poszczególne ich składniki są naturalne. Cała reszta jest genetycznie modyfikowana, na bazie chemicznych nawozów. Kunszt kucharza polega na tym, aby z tej góry pierwiastków stworzyć coś jednocześnie atrakcyjnie wizualnego, oraz smacznego. Klient nasycony, rozpływający się z zachwytu nad smakiem czy udekorowaniem potrawy, nie zapyta przecież o pochodzenie jej składników. A nawet znając przepis, nie odwzoruje dania w swej własnej kuchni, właśnie z powodu niedoskonałości naturalnych składników, oraz rzecz jasna braku umiejętności i doświadczenia. Dlatego znów powróci do ulubionej restauracji, zamiast rozbudzić w sobie bakcyla gotowania. Z pisaniem w gruncie rzeczy jest bardzo podobnie. Pisarz jest niejako kucharzem w kuchni lirycznych zapotrzebowań. Ze stosu słów buduje zdania, z nich historie, a z poszczególnych wątków jedną całość. Jeśli „maestro” jedną książką dopieści czytelnika we właściwy miejscu, ten sięgnie po inne dzieła autora, chcąc być dopieszczonym w całości. Ośrodek przyjemności kupującego książkę potrzebuje się nasycić tak samo, jak klienta konsumującego wykwintne danie. A jeśli już mowa o jedzeniu, poczułem głód. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem coś w ustach. O psim żarciu ze szpitala nie wspominam. Okoliczności nie sprzyjały jednak rozważaniom o kulinariach. Trzeba było znaleźć wyjście z tych podziemi. Jak na zawołanie, usłyszałem niedaleko przytłumione głosy. Musiały dochodzić z zza najbliższych drzwi po prawej stronie korytarza. Po cichu przysunąłem się wzdłuż ściany niemal do samej futryny, i nastawiłem ucha. Można było wyraźnie rozróżnić głosy dwóch mężczyzn, z czego jeden wydawał mi się znajomy. Gdy zacząłem w głowie dopasowywać głos do twarzy, drzwi obok mnie gwałtownie się otworzyły. Szybki ruch ręki po broń i już byłem gotów nafaszerować ołowiem swoich prześladowców. Z pokoju, niczego nie świadomy, wyszedł mężczyzna w hawajskiej koszuli. Wyglądał jak beztroski turysta, dopóki jego oczy nie zobaczyły mnie stojącego metr od drzwi, z wycelowanym weń pistoletem. Nieznajomy, wyraźnie zdezorientowany, stał w drzwiach jak wryty. Nie wiem zbyt dużo o porywaczach, a o arabskich ekstremistach w szczególności, ale rzeczony mężczyzna nie wyglądał mi na przestępcę, dybiącego na moje życie.
-Kim jesteś? – z wrodzoną elokwencja przełamałem pierwsze lody i nawiązałem kontakt.
-Nie zabijaj mnie! – zripostował nieznajomy. – Zrobię co będziesz chciał, ale nie strzelaj!
Facet albo był dobrym aktorem, albo rzeczywiście był śmiertelnie przerażony. Pobladł, cały się trząsł.
-Co tutaj robisz? – nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.
-Zszedłem tylko do magazynu, przynieść kilka taśm z archiwum. Proszę, nie strzelaj. Mam dzieci… – jeszcze chwila i zobaczę naocznie czym trudniła się płaczka egipska.
-Jakiego magazynu? Myślisz, że uwierzę w te bajki?
-Ale kiedy to prawda! Nazywam się Jacek Borek i pracuję w telewizji. Proszę, na szyi mam identyfikator. Nie wiem co tutaj robisz i obiecuję ci, że jeśli mnie wypuścisz, nikomu nic nie powiem!
Rzuciłem okiem na trzęsące się ciało mężczyzny. Rzeczywiście, na piersi podrygiwała mu mała tabliczka ze zdjęciem, z której wynikało, iż jej posiadacz nazywa się Jacek Dawid Borek i pracuje w Telewizji Państwowej na stanowisku technika. O co tu chodzi? Skąd na miejscu porwania przypadkowy pracownik telewizji? I gdzie ja w ogóle jestem?
-Znajdujemy się w podziemiach budynku F Telewizji Państwowej przy ulicy Wańkowicza.
Czyli jednak erystyka i sztuka chaotycznego zadawania pytań na coś się przydały. Facet wyraźnie się uspokoił, widząc me zakłopotanie, i udzielił zaskakująco rzeczowej odpowiedzi. Tylko co w takim razie robiliśmy w telewizyjnych piwnicach? I z kim rozmawiał jeszcze chwilę temu pan Borek?
– Nie wiem kto to był. Pytał o wyjście na ulicę, więc mu wskazałem drogę. Nigdy wcześniej go tutaj nie widziałem.
Sytuacja stawała się coraz bardziej zagmatwana. Z przeświadczeniem, iż robię wielki błąd, opuściłem broń i schowałem za pasek spodni. Na ten widok na twarzy Jacka zagościł nieśmiały uśmiech, niczym u skromnej dziewczyny po usłyszeniu komplementu. Rozmowa z nim nie miała jednak sensu, albo nie uwierzyłby w moją historię, albo zwyczajnie jej nie zrozumiał.
-Spokojnie, nic ci nie zrobię. Spodziewałem się po prostu spotkać tu kogoś innego. Zgubiłem się w sieci tutejszych korytarzy. Wyprowadź mnie stąd i każdy z nas pójdzie w swoją stronę, dobrze? – spytałem poklepując po plecach nieufnego mimo wszystko Jacka.
-Dobra. – z tonu jego wypowiedzi wywnioskowałem, iż studiował archiwistykę na UW.

Przeszliśmy przez pusty pokój, w którym oprócz kilku starych biurek nie było niczego, po czym Jacek otworzył drzwi prowadzące, jak się okazało, na klatkę chodową, i skierowaliśmy się ku górze. Z oznakowania na ścianach wywnioskowałem, iż znajdujemy się dwa piętra pod poziomem parteru. Po przejściu czterech partii schodów byłem już tego pewny. Jacek chciał już chwycić za klamkę drzwi, prowadzących do pionu F, ale wiedziony instynktem w ostatniej chwili go powstrzymałem. Coś mi tu w tej całej sprawie nie pasowało. Zdezorientowany technik patrzył na mnie pytającym wzrokiem, więc posłałem mu pełne miłości uspokajające spojrzenie i skierowałem się ku drzwiom. Delikatnie je uchyliłem, okazało się, iż prowadziły do głównego hollu budynku. Jednak sam holl nie wyglądał tak jak powinien wyglądać. Szybko zamknąłem drzwi, aby nikt z obecnych tam mnie nie zobaczył. Jacek doszedł już widać do bariery wytrzymałości psychicznej gdyż nie wytrzymał i zapytał niczym małe dziecko:
-Co tam jest?!?
-A jednak mnie porwali- rzuciłem pod nosem. Ja to mam prawdziwego pecha. Holl gmachu budynku F Telewizji Państwowej przy ul. Wańkowicza pełen był uzbrojonych Arabów. I nie wyglądało to jak scenografia jakiegoś spektaklu teatru telewizji czy kabaretu Olgi Lipińskiej. Wyglądało przerażająco prawdziwie…

Serce czy rozum? Czerwiec 3, 2010

Posted by zibi in owe sportowe dywagacje.
1 comment so far

Rozum mówi: Lakers

Serce mówi: Boston

Za około 3 godziny pierwszy mecz finałów NBA. Na parkiet w Staples Center wybiegną mistrzowie obu konferencji. Zdecydowana większość z koszykarzy grających w dzisiejszym meczu ma na swoim koncie tytuł mistrzowski. Będzie to spotkanie dwóch doskonale znających się drużyn.

Na temat tych finałów napisano już niemal wszystko, więc nie będę się powtarzać. Rozum podpowiada mi, że z pomocą własnego parkietu, wygrają Kobe i spółka. Serce natomiast krzyczy, że w tym roku Ray, Paul, Kevin, Rajon, Kendrick i reszta znów będą najlepsi. Wszystkie analizy, porównywanie szans, opinie ekspertów wezmą w łeb po pierwszym gwizdku. I choć życie robi wszystko,abym w tym roku zobaczył jak najmniej gier, wiem że zobaczę w nich niesamowitą walkę o każdą piłkę, każdy metr parkietu, każdą zbiórkę, każdą pozycję. Wierzę w to, oraz na to liczę, iż górą wyjdą z tego pojedynku Celtics. Szalenie istotne będzie już pierwsze starcie. Jeśli jest dziś jakaś drużyna w NBA, która może wygrać z Lakers w playoffs na ich parkiecie, to teamem tym jest właśnie Boston.

Obiecałem sobie po mistrzostwie 2 lata temu iż muszę wprowadzić więcej zieleni do tzw „garderoby”. Zielone buty do kosza, oraz na codzień, już mam. Ubrań zielonych też znajdzie się kilka. Nawet ma znienawidzona przez pewną Osobę opaska jest zielona. Po mistrzostwie 2010 kupię sobię poniższą koszulkę. Amen


.

Go Boston! Beat LA!

Jak nowo narodzony, part 3 i 4 Czerwiec 2, 2010

Posted by zibi in z palca wyssane.
add a comment

O 18 udałem się do biura Kamili. Jadąc przez zakorkowane miasto rozmyślałem nad tematami na nową powieść. Zasadnicze pytanie brzmiało: tworzyć górnolotnie, lecz sprzedać mało kopii, czy spłodzić kolejnego literackiego gniota, który stanie się lekturą masową, powielaną w tysiącach egzemplarzy. Dotychczas tylko raz prawdziwa sztuka wygrała w mym wydaniu ze słownym chałturnictwem. Oczywiście, automatycznie pojawiły się problemy z wydaniem, co niezwłocznie zakomunikowała moja agentka, gdy tylko wkroczyłem do jej gabinetu.
– Nikt nie chce wydać „Miesiąca w chmurach”. Wygląda na to, że niestety będziemy musieli zredukować nasze wydawnicze plany.
Pierwsza powieść w moim życiu, z której byłem naprawdę dumny, miała nie ujrzeć światła dziennego? Nie mogłem poddać się bez walki.
-Chwileczkę – przerwałem jej- O ile mnie pamięć nie myli, jeszcze kilka dni temu przebierałem w ofertach, które mi przekazałaś. Co się zmieniło?
-Istotnie. Tak było jeszcze kilka dni temu. Jednak – jej głos delikatnie zadrgał – po wczorajszym doniesieniu sytuacja dość radykalnie uległa zmianie…
-Od dwóch dni jestem odcięty od świata informacji, sensacji i całego tego zamieszania. Bądź tak dobra i oświeć mnie, w czym rzecz.
-Zostałeś oskarżony o plagiat – wyrzuciła z siebie tak szybko jak tylko mogła. Jej twarz przybrała jednocześnie kolor dojrzałej wiśni. Chyba czuła się pośrednio winna tej sytuacji. Zamiast wyprowadzić ją z błędu, zacząłem drążyć temat. Myśli wirowały w mej głowie z prędkością francuskiej koleji. Stanowczo zbyt łatwo się denerwowałem.
– O co dokładnie chodzi? – zapytałem po kilku głębszych oddechach.
– Pewien regionalny pisarz brytyjski rości sobie prawa do historii, którą opowiedziałeś w „Miłość jak klopsiki w sosie”. Podobno 5 lat temu napisał niemalże identyczną opowieść, jednak nie znalazł wydawcy i książka wylądowała w jego sejfie, który został następnie okradziony. Teraz żąda milionowego odszkodowania.
Jeżeli do tej chwili trzymałem nerwy na wodzy, to na dźwięk słowa „milion” cały mój system samokontroli doznał nagłej awarii. Mózgowa maszyneria odmówiła posłuszeństwa, wysyłając sygnał alarmowy do wszystkich zakończeń nerwowych w ciele. Zgiąłem się w pałąk, po czym natychmiast rozprostowałem, omal nie spadając z fotela. Prędzej spodziewałbym się tsunami w Polsce, niż oskarżenia o plagiat. Tym bardziej w przypadku „Miłości…”! Niebanalna historia wiejskiego chłopaczka, Franka Borkowskiego, który wygrywa w programie telewizyjnym kilkanaście milionów złotych, a później traci wszystko jednej nocy w kasynie, by następnie nocując na dworcu spotkać miłość swego życia w postaci Janiny i razem z nią dorobić się fortuny na produkcji domowych klopsików – któż inny wymyśliłby coś takiego?! Bezczelność autora pomówienia doprowadziła mnie do bialej gorączki. Musiałem ochłonąć
Nasza dalsza rozmowa miała dość krótki przebieg. Kamila informowała mnie o aktualnej sytuacji na „rynku” literackim, co kwitowałem krótkimi parsknięciami i sapnięciami. Myślami byłem już na siłowni, gdzie postanowiłem udać się niezwłocznie w celu oczyszczenia umysłu i rozładowania stresu. Raczej nieprzytomnie pożegnałem agentkę i skierowałem się do mego Nissana 350Z. Samochód idealny do łamania przepisów. Zwłaszcza gdy ma się ciężką nogę. Lub jest się pod wpływem… silnych emocji. Jadąc prawie 150 km/h opustoszałymi ulicami miasta myślałem o pechu. A konkretnie kiedy w końcu wyczerpie swój limit na przykre i niespodziewane wydarzenia. Widać zbyt mocno skupiłem się na filozoficznym rozmyślaniu na temat sensu istnienia, gdyż nie zauważyłem, że 100 metrów przede mną, na skrzyżowaniu, zgasło zielone światło, i zapaliło się czerwone. Gdy zauważyłem tą drobna różnicę, było już za późno. Pisk opon, zgrzyt zaciskanych nagle tarcz hamulców, i potężne dygotanie kierownicy. Rzuciłem okiem na prędkościomierz – 80 km/h, nie tak źle. Sekundę potem poczułem delikatne pacnięcie w czoło, po czym nagle zapadła ciemność. Trzasku zgniatanej maski samochodu, oraz przeraźliwego krzyku ludzi wybiegłych z pobliskich sklepów już nie słyszałem.

Pobudka w szpitalu nie należy do przyjemnych chwil. Tym bardziej, gdy zamiast pięknej pielęgniarki rodem z Playboya budzi cię dwóch zmęczonych życiem policjantów. Ten w okularach, nieogolony, z nosem o profilu Wielkiej Krokwi, zakomunikował swemu towarzyszowi szyfrowanym tekstem „oo,zbudził się”, po czym podszedł do mego łóżka.
-Pamięta pan co się stało?
Konkretny facet, pomyślałem. Od razu przechodzi do rzeczy, bez zbędnych formularzy i regułek. Ciekawe jak postępuje z żoną, gdy wraca swym sfatygowanym polonezem w domowe leże.
-Pamiętam uderzenie. Potem ciemność i głuszę. Spokój zakłóciła mi dopiero Angelina w rajskim stroju, podająca drink z palemką na wyspie Santa Clara. Widzi pan ten widok? – spytałem ze złudną nadzieją zrozumienia.
– Widzę, że pacjent czuje się lepiej. To dobrze, będziemy mogli spokojnie porozmawiać na komisariacie- rzucił półgębkiem drugi ze stróżów prawa, pozujący miną na inteligenta.
Nie wiem jak to się stało, ale przybyły za moment lekarz potwierdził, iż nic mi nie jest. Podobno uratowały mnie zapięte pasy. No i poduszki powietrzne, chwała bądź ich projektantom. Okazało się, iż noc przespałem w szpitalu tylko dzięki środkom nasennym, zaaplikowanym profilaktycznie wraz z witaminami kilkanaście minut po wypadku. Takie lekarskie zabezpieczenie na wypadek, gdyby jednak się okazało, iż coś jest z mym ciałem nie tak. Ranek zastał przy moim łóżku rzeczonych policjantów. Niedługo po tym opuszczali wraz ze mną szpital, udając się na komendę, w celu spisania nieodzownych zeznań.
Co ciekawe,, nie odczuwałem złości z powodu wypadku. Nie cieszyłem się również z braku obrażeń powypadkowych. Żal mi było tylko samochodu. Zdjęcia poszarpanej i poskręcanej niemiłosiernie blachy, zwanej szumnie wrakiem, pokazał mi „inteligent” jeszcze w radiowozie. Mimo wszystko, miałem szczęście w nieszczęściu. Żeby wyjść z takiej kolizji tylko z zadrapaniami? Widać opatrzność zaplanowała mi jakieś niezwykle ważne zadanie, ocalając mnie w przedziwny sposób od śmierci. Obym tylko nie musiał podobnie poślubić Kasi. W takim razie podarłbym niepisany cyrograf z Bogiem, przy pierwszej nadarzającej się okazji. Na razie musiałem jedynie podpisać prawie pusta kartkę z mymi zeznaniami. Pewnie chwilę po tym byłbym już w drodze do domu, gdyby nie to, iż polscy naśladowcy Strażnika Teksasu ustalili po burzliwej naradzie, iż wypadek spowodowałem…specjalnie. Samochód, w który uderzył mój Nissan, należał bowiem do znanego skądinąd biznesmena, szanownego Krzysztofa Gryda, z którym miałem przyjemność toczyć od 3 lat batalię przed sądem grodzkim o zniesławienie. Policjanci postanowili więc zatrzymać mnie na przysłowiowe 48 godzin w areszcie, aplikując przy okazji wykład na temat skutków brawurowej jazdy.
„Przynajmniej uwolnię się od pecha” – mój mózg pracował, i starał się dostrzegać pozytywy sytuacji, w której się znalazłem. Coś jednak podpowiadało mi, iż mój pech wcale się nie skończył. W końcu feralny tydzień trwa nadal w najlepsze. Prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść…

*

Po dwóch dobach w areszcie człowiek myśli tylko o domu. Perspektywa spotkania w nim Adama nie była zachęcająca, ale lepszy gołąb w garści… Coś mi jednak mówiło, iż w domowe pielesze nie trafię zgoła od razu. Niestety (powinienem się już przyzwyczaić do tego zwrotu), miałem rację. Po wyjściu z aresztu zamówiłem taksówkę. Nie ujechaliśmy nawet kilometra od komisariatu, gdy przed maską stojącej na skrzyżowaniu taksówki wyrósł nagle człowiek z bronią w ręku. Bronią skierowaną w stronę mego kierowcy. Tego sparaliżował strach, tak, że nawet nie protestował, gdy dwaj inni mężczyźni wyciągnęli go z samochodu. Jeden z nich zajął miejsce za kierownicą, natomiast dwaj pozostali ulokowali się na tylnej kanapie po obu moich stronach. Obaj mierzyli od mnie z Glauberytów. Solidny argument. Mimo to zapytałem:
-Panowie, o co chodzi?
-Zamknij się i milcz – od razu skontrował kierowca. Mówił po polsku z dziwnym akcentem. Niewątpliwie był cudzoziemcem. Ciemne oczy, bujny zarost na modę arabską i powtarzane co chwila pod nosem słowo „haram” nie pozostawiały wątpliwości – porywacz był jakoś związany z terroryzmem islamskim. Tylko czego u licha chciał ode mnie?
-To jakaś pomyłka, ja nic wam nie zrobiłem! – tonący brzytwy się chwyta.
-Zamknij się!
-Ale ja naprawdę nie rozum…
W tym momencie po raz drugi w ciągu kilku ostatnich dni poczułem uderzenie w głowę, po którym nastała tylko ciemność i głusza…

Obudziłem się na brudnej podłodze jakiejś piwnicy. Skrytka na miotły wielkości czterech metrów kwadratowych nie była wymarzonym widokiem. Musiałem być w jakiś sposób obserwowany, gdyż chwilę później drzwi do mej klitki otworzyły się, a w progu stanął jakiś gruby mężczyzna.
-Wychodzić!
Nie trzeba mi było dwa razy tego powtarzać. Ciekawość wzięła górę nad strachem, najgorsza jest niepewność i nieznajomość sytuacji. Udałem się wąskim korytarzem za grubasem, a po przejściu kilkunastu metrów mężczyzna zatrzymał się przed oświetlonymi słabym światłem jarzeniówki drzwiami. Zapukał dwa razy, po czym pchnął mnie przez uchylone drzwi do przestronnego pokoju. Pomieszczenie było dobrze urządzone, z klasą i smakiem znawcy architektury. Umiałem docenić piękno, dlatego mym początkowym odruchem była koncentracja na wystroju wnętrza. Człowiek siedzący za potężnym biurkiem na drugim końcu pokoju zupełnie ubiegł mej uwadze. Dopiero jego głos, dochodzący jakby z oddali, uświadomił mi, iż nie jestem w galerii.
-Pan Michał, jak sądzę. Proszę siadać – palcem wskazał fotel stojący naprzeciw biurka.
Spocząłem, po czym zapytałem:
-Kim pan jest i co ja tu robię? – Zabawne, rozmowa zaczynała się niczym debata uniwersytecka. Brakowało tylko „tak, panie dziekanie” i „oczywiście, panie rektorze”. A może rzeczony jegomość jest profesorem? Ogarnęło mnie przerażanie – wykształcony porywacz to inteligentny porywacz, a inteligentny porywacz to najgorszy z możliwych rodzaj porywacza.
-To, kim ja jestem, nie jest w tej chwili istotne. Ważne jest to, dlaczego pan się tutaj znajduje.
-Zaiste, zaciekawiło mnie to…trochę. – Na wisielczy humor zawsze mogłem liczyć.
-Pan zdaje się nie rozumie powagi sytuacji. Jest pan tutaj, ponieważ chcemy pana zabić, i uczynimy to, nagrywając materiał z pańskiej egzekucji.
Odruchowo przypomniałem sobie dzisiejsza datę – psia krew, pierwszy kwietnia już był!
Wiadomość o mej rychłej i spodziewanej śmierci powinna mnie załamać, lub co najmniej zszokować. Dlatego śmiech, na jaki sobie pozwoliłem, zadziwił mego rozmówce.
-Pan myśli, że to żarty?
-A nie jest tak? Nie widzę powodu, dla którego miałaby mnie zabić ktokolwiek, poza mą pierwszą żoną. A już na pewno nie jakaś grupa islamistów!
Jeśli do tej pory nie dodałem, iż mój rozmówca był dość ciemnej karnacji, a na głowie miał biały turban, to właśnie to robię. Poza tym wyraźnie nie spodobało mu się użyte przeze mnie określenie, gdyż delikatnie się zdenerwował.
-Nie jesteśmy byle jaką bandą obdartusów! My, Europejskie Brygady Allacha, mamy swoje odnogi w każdym kraju Unii Europejskiej. I żaden niewierny w Europie nie może czuć się bezpieczny.
-Dalej nie rozumiem, dlaczego mielibyście zabić akurat mnie. Z religią mam mało wspólnego, zarówno z waszą, jak i każdą inną – tym sposobem odcinałem się od Krzyżowców i Rolada.
– Najpierw weźmiemy za ciebie okup. Nasza organizacja musi pozyskiwać środki na dalszą walkę. Lecz potem i tak cię zabijemy, jako przestrogę dla innych niewiernych. Z pomocą Allacha wasza cywilizacja zostanie wkrótce pokonana!
Mimo wszystko coś mi tutaj nie pasowało. Okup i zabicie w jednym? Przecież po takim wyczynie nikt nie wypłaciłby im już ani złotówki, pertraktacje zamieniając na przygotowania do odbicia zakładnika. Poza tym sam wygląd mego rozmówcy budził wątpliwości. Kątem oka dostrzegłem, iż na nogach miał dżinsy. Na szyi miał zawiązaną arafatkę, która dopełniała w połączeniu z turbanem raczej komicznego wyglądu. Mężczyzna wyglądał bardziej na niezbyt uzdolnionego aktora niż prawdziwego mieszkańca Dalekiego Wschodu lub okolic. Nie wiedziałem jeszcze, czy to wszystko było jakąś mistyfikacją, odegranym teatrzykiem, czy mimo wszystko brutalną rzeczywistością. Jednak w niedopracowanych niuansach dostrzegłem swą szansę. Być może porywacze liczyli na pełną „współpracę” z mej strony. Myśleli, że wystarczy mnie zastraszyć i koniec pieśni. Nie ze mną jednak te numery. Postanowiłem działać, myśleniem zaś zająć się… po wszystkim.
-Hej, arabska świnio! Myślisz, że się ciebie boję?
Zaskakujące, pomyślałem, ale jeżeli porywacz naprawdę był aktorem, to być może nie tak kiepskim jak go oceniłem. Na pewno miał potencjał, co pokazała mimika jego twarzy po tym, gdy komórki mózgowe pod turbanem odebrały wysłany przeze mnie przekaz. W kilka sekund twarz mężczyzny wyginała się w najróżniejszych wyrazach, rozciągała w pionie jak i w poziomie, przypominając gumę (arabską). Po występie na miarę Jima Carrey’a nadszedł czas na reakcję łańcuchową. Oburzony mężczyzna gwałtownie wstał, obszedł biurko, i skierował się ku memu fotelowi z wyraźną intencją skrzywdzenia mnie w jakiś sposób. Jego oczy płonęły świętym gniewem. I być może to sprawiło, iż prąc w moją stronę nie zauważył drugiego fotela, stojącego mu na drodze do mego siedziska. Jak szedł, tak runął jak długi na podłogę półtora metra ode mnie. Nie namyślając się długo, skoczyłem mu na głowę, unieruchamiając go. O dziwo, facet nie stawiał oporu. Stracił przytomność! Upadając musiał najwyraźniej uderzyć głową w kant fotela, bądź po prostu miał słabe nerwy, biedaczyna. Sięgnąłem mu za pazuchę i ze zdziwieniem stwierdziłem, iż nie ma broni. Obszedłem bezwładne ciało i przeszukałem biurko. Jest, zguba się znalazła, pomyślałem, wyciągając z jednej z szuflad biurka wypolerowaną Berettę. Teraz szanse choć trochę się wyrównały. Polak uzbrojony to Polak niebezpieczny. A ktoś taki jak ja, uzbrojony, zdeterminowany i raczej najpierw działający niż myślący, stanowił pokaźne zagrożenie dla otoczenia. A przynajmniej dla reszty porywaczy, o czym mieli się oni niedługo przekonać.

Dawid vs Goliat – historia alternatywna Maj 29, 2010

Posted by zibi in owe sportowe dywagacje.
add a comment

Historia, która przejdzie do historii za kilka godzin, gdy się wydarzy w niemieckim Gelsenkirchen. Choc ja mam wrażenie, iż skądś już ją znam. Wiedza o pierwszym pojedynku Dawida z Goliatem jest w dzisiejszym, odchodzącym od religii świecie, jeszcze powszechnie znana. Każdy wie, kto tamten pojedynek wygrał. Faworyt Filistynów, a pewnie nawet Izraelitów i ich bukmacherów, potężny Goliat, musiał uznac wyższośc filigranowego i młodego Dawida. Młokos przegrałby z kretesem, rzecz jasna, gdyby nie wsparcie z niebios. I tu dochodzimy do pierwszej zasadniczej różnicy. Albert Sosnowski nie walczy o przetrwanie narodu. Nie walczy za wiarę. Nie walczy nawet o względy kobiety. Walczy o pieniądze i sławę. Boskiego wsparcia kupic się nie da. Nawet gdt ma się promotora i profesjonalny team.

Poza tym co to za Dawid o pseudonimie „Dragon”? Ani z niego smok, ani nawet smoczek. Bardziej odnalazłby się w klimacie pokemonów. Ok, 45 zwycięstw na zawodowym ringu coś oznacza. 2 porażki i remis to niewiele przy tej ilości pojedynków. Ale Sosnowski z Kliczką jeszcze nie walczył. Na Ukraińcu bilans Polaka zrobi wrażenie mniej więcej takie, jak na Pudzianowskim zrobiły umiejętności bokserskie Najmana (swoją drogą, pozdrowienia dla Mariusza. jego droga w MMA dopiero się zaczyna). „Żadne” to tutaj zaiste odpowiednie słowo.

Gdyby dzisiejsza walka toczona była na serio, zapewne skończyłaby się szybkim i bezdyskusyjnym zwycięstwem Kliczki. Nie to żebym znał się na boksie. Nie to żebym nie życzył zwycięstwa Polakowi. W końcu nie to żebym podważał jego bokserskie umiejętności. Po prostu jeden Dawid już w historii był. I choc zapotrzebowanie na bohaterów mamy w Polsce niewyczerpane, to z Sosnowskiego żaden heros nie będzie.

Bo i jak ma zostac mistrzem świata facet, który jeszcze nie dawno spędzał czas na pozowaniu kamerom nago pod prysznicem, czy innych równie ambitnych rozrywkach w domu Wielkiego Brata? Śmiem twierdzic, iż jeśli Albert miałby wygrac tą walkę, to następna walka o pas organizacji DKG (Dawida kontra Goliat) powinienem stoczyc ja z Vałujewem. Po zwycięstwie nad nim dałbym szansę pewnemu jegomościowi z Lublina. I tak pas pozostałby w Białej co najmniej do trzeciego pojedynku.

Mimo najszczerszych chęci nie mogę potraktowac tej walki na serio. Jedyne pytanie które stawiam sobie przed dzisiejszym pojedynkiem to pytanie o jego długośc. Konkretnie w której rundzie Kliczko zdecyduje się zakończyc farsę i posłac Sosnowskiego na deski po raz ostatni? Obstawiam coś między piątą a ósmą. O odpowiedz pytajcie tego, kto postawił na zwycięstwo Kliczki największe pieniądze. W końcu jakoś zarobic musi, a skoro na kursie się nie da, to chociaż na wskazaniu nokautującej rundy można.

Mam szczerą nadzieję, iż wszystko co tutaj napisałem postawi mnie w świetle niesławy po zwycięstwie Alberta. Aczkolwiek życie nie raz już pokazało,iż nadzieja jest matką… wiadomo kogo. Za wiadomo kogo się nie uważam (a przynajmniej nie dopuszczam do siebie takiej myśli lub takiego faktu), to stawiam na Kliczkę. Serce me krwawi biało-czerwonymi łzami, lecz surrealistą jeszcze nie zostałem. Dlatego na pohybel Kliczce (z uczucia) i niech żyje stary-nowy mistrz świata (z rozsądku). Walka David vs Goliat w wersji 2.0 będzie miała zupełnie inny scenariusz niż jej znamienna prekursorka. Życie tak już USTAWIA pojedynki i historie, iż trudno liczyc na cud. Szczególnie bez boskiej pomocy.

Tfu. Obym się mylił.
Niech to licho. Się niestety nie pomylę.

(przepraszam za brak kreseczki nad „c”. komputer zastrajkował. inne literówki są wynikiem mej nieuwagi. to „c” wybaczcie)

Playoff NBA – szybki typ Kwiecień 18, 2010

Posted by zibi in owe sportowe dywagacje.
Tags:
1 comment so far

typ oczywiście z przed pierwszych gier, wrzucon dopieroż z braku czasu.

Wschód

Cavs – Bulls 4:0
Wszystko jasne. Drużyny z najlepszym i najgorszym bilansem w postsezonie. Szybka seria, i nawet dobra gra Rose’a nie pomoże. LeBron i podkoszowy zestaw Kawalerii wymiotą Byki.

Magic – Bobcats 4:3
Modliłem się aby Kiciusie me ulubione dostały w pierwszej rundzie kogoś innego niż Orlando. Niestety, na Howarda i jego odegrania na dystans do rzutów za trzy Jackson, Wallace i podkoszowy tercet raczej przeciętniaków to za mało. Gerald wyłączy z gry Cartera, Diaw Lewisa, ale kto powstrzyma resztę Magików? Typ raczej sentymentalny, pewnie Bobcats ugraja mniej, ale w końcu typ to tylko typ.

Hawks – Bucks 4:1
Bez Boguta powinno obejść się w miarę bezboleśnie dla Jastrzębi. Jeden mecz u siebie Kozły mogą urwać, zależy czy ktoś pomoże Jenningsowi i Salmonsowi w zdobywaniu punktów.

Celtics – Heat 4:2
Ciekawa seria. W sezonie 3:0 dla Celtów, tutaj jednak Wade urwie coś dla Żaru. Dużo zależy od podkoszowego zestawu Heat. No i kto pokryje w Miami Rajona Rondo? Wade ma za mało wsparcia by pokonać starych ale jarych jeszcze Bostończyków. Liczę na dobre pojedynki na linii Wade – Ray Allen.

Zachód

Lakers – Thunder 3:4
Tak. Bo dlaczego by nie? Thunder uczynili w tym roku kolosalny postęp, a jeśli pokonać LA to właśnie w pierwszej rundzie. Rok temu gorzej grający Rockets (niż dzisiejsi Thunder) o mało nie pokonali lepiej niż teraz grających Lakersów, więc czemu ta sztuka ma się nie udać Durantowi i spółce? Byś może na korzyść LA szalę przechyli doświadczenie. Za rok w ciemno stawiam iż ta para może się spotkać dopiero w finale konferencji.

Dallas – San Antonio 4:3
Niby Drewniaki się rozkręcają, niby Mavs nie grają ostatnio tak rewelacyjnie jak wcześniej, ale w pojedynku silnych skrzydłowych Niemiec pokona Duncana. Choć seria bardzo ciekawa, być może najbardziej zacięta ze wszystkich w pierwszej rundzie. Manu znów zabłyśnie, ale czy to wystarczy na Mavs? Wątpie.

Suns – Blazers 4:1
Niestety, bez Roya gracze z Portland nie mają szans. Lubię ten team, Miller Webster Aldridge i Camby to dobrzy zawodnicy, ale na szekorą kadrę Suns to za mało jak na ten moment. Szkoda, z Royem byłoby dużo ciekawiej.

Denver – Utah 4:2
Przewaga własnego parkietu + plus Carmelo Anthony + kontuzje w Jazz = w miarę łatwe zwycięstwo Nuggets. Choć Deron Williams narobi zamieszania.

Mecz Gwiazd ad 2010 in da Lublin – przemyślenia Marzec 21, 2010

Posted by zibi in owe sportowe dywagacje.
add a comment

-Andrzej Pluta. Powinien wraz ze swymi trójkami wystartować na prezydenta. Sam nominuję go do roli kandydata na kandydata PO na prezydenta RP. Ze świecą szukać drugiego strzelca z tak ułożoną ręką. Michael Jordan rzucał kiedyś wolne z zamkniętymi oczami. Myślę, że Andrzej mógłby z podobnym skutkiem wykonywać rzuty zza linii 6,25 m. W konkursie trójek nie dał szans pozostałym zawodnikom, w samym meczu też trafił kilka rzutów zza łuku.

-Michael Wright. Imponował walecznością, nieustępliwością, zastawianiem się. Nie dysponując przecież warunkami fizycznymi, właściwymi dla centra, zdominował strefę podkoszową pod obiema deskami. Zasłużony MVP spotkania. 30 pkt. i 15 zbiórek mówią same za siebie. Poza tym miły z niego gość.

-Eddie Miller. Co prawda po obejrzeniu konkursu wsadów z Pucharu Rosji nieco osłabł mój entuzjazm co do tego zawodnika, to i tak zdecydowanie wybijał się na tle innych graczy jeśli chodzi o dunki. Już na rozgrzewce przed meczem, (a w zasadzie rozgrzewce przed rozgrzewką, bo de facto były dwie) pokazał swe niebanalne umiejętności latania nad obręczą. Zresztą Eddie to nie tylko efektowne wsady. Pokazał się też w konkursie trójek (zanotował 16 pkt), dobrze grał też w meczu. Ciekawy gracz.

-Tomasz Celej. Ten chłopak wyszedł bez kompleksów i Andrzej Pluta musiał do końca trafiać rzuty, aby pokonać go w konkursie trójek, rozgrywanym na raty przed 1 kwartą i po 3. Dobry występ przed rodzimą publicznością.

-Aleks Perka. Według mnie zawiódł. Dopiero trzecie miejsce w konkursie wsadów. A potencjał na pewno na walkę o zwycięstwo. Widziałem jego próby, nagrywane w hali Polonii, i wypadł na nich dużo bardziej efektownie niż w Lublinie. Czy zjadła go trema, czy po prostu nie wyszło, nie wiem. Występ raczej bezbarwny.

-Oprawa Meczu. Na zaskakująco wysokim poziomie. Cała impreza dopracowana niemalże w najmniejszych szczegółach. Jedynym mankamentem były tak naprawdę nieco bezsensowna konferencja prasowa przed meczem z udziałem jedynie trenera Griszczuka, oraz okresy oczekiwania na wejścia relacji telewizyjnej, choć to akurat norma w tego typu imprezach.
Generalnie – bardzo pozytywnie.

-Publiczność. Lubelska widownia nie zawiodła i w komplecie stawiła się na hali Globus. Ponad 4000 kibiców świetnie się bawiło, emocjonując się popisami zawodników jak również specjalnymi konkursami, przygotowanymi przez organizatorów dla publiki. No i oni też kochają Andrzeja Plutę, który dostał owację na stojąco.

-Mecz. Samo spotkanie, z perspektywy parkietu, wydawało się zacięte, dużo było w nim sportowej walki i nieustępliwości. Na pewno nie był to mecz bardzo widowiskowy, choć nie brakowało w nim efektownych zagrań. Również nie można powiedzieć, aby losy spotkania wahały się do ostatnich minut – Południe od końca pierwszej kwarty prowadziło niezagrożenie. Tak czy inaczej, mecz oceniam jako dobry. Oczywiście za rok liczę na jeszcze lepszy. I mam nadzieję, że całe widowisko będzie równie wysokiej klasy, co te zorganizowane w Lublinie.

Dunki, jump shooty i inne głupoty Luty 24, 2010

Posted by zibi in owe sportowe dywagacje.
add a comment

wierszyk pt. „kończy się zima,zaczyna wiosna – piłka do kosza jest już radosna”

ta dammnmn…. (chwalebne tamburyny rozbrzmiewają)

juz za parę dni – stopnieją sniegi
ruszę na boisko znów, i me kolegi

będzie gra, tralala

buty już przygotowane
w kosza będzie ostro grane

będzie gra,tralala

obręcz czeka już na paki
oj się będą działy draki

będzie gra,tralala

cały aż się rwę do grania
dość już na grę było czekania

będzie gra,tralala

tak więc ludzie strzeżcie się –
wkrótce gra rozpocznie się!

(cała sala zalewa się łzami, jak big z po odejściu z kawalerii)

ta da da da dammmmn…
kurtyna opada, stending owejszyn, ach och i skręt kiszek.

a piłka leży i czeka. spokojnie

Listownie Luty 16, 2010

Posted by zibi in o tym i owym, z palca wyssane, z życia wzięte.
add a comment

z serii : za cienkie w uszach. słusznie
.
.
.
Witaj drogi kolego!
Piszę do Ciebie po dość długiej przerwie w korespondencji. Czasu na pisanie nie miałem z różnych powodów: a to w połowie stycznia niespodziewanie zima zaskoczyła drogowców, przez co nie dane mi było dotrzeć do najbliższej kawiarenki internetowej, która na Sławinku jest zjawiskiem równie rzadkim, jak darmowy obiad w uczelnianej stołówce; a to Lublin odwiedziła minister edukacji narodowej, pani Katarzyna Hall, przez co nie mogłem zasnąć przez tydzień, co jest naturalną reakcją w moim przypadku na widok pięknej kobiety na wysokim stanowisku. (Na marginesie, podobno pani minister utknęła w holu lubelskiego urzędu, gdyż drzwi wyjściowe zasypała zamieć śnieżna, wywołana niżem atmosferycznym o wdzięcznej nazwie Miriam. Choć może to tylko plotki rozsiewane przez zbuntowanych i głodnych krwi rodziców sześciolatków, wysyłanych przymusowo do szkoły.)
Jednak główną przyczyną „ciszy w eterze” z mej strony była sesja. Rzecz jasna, nie z powodu nauki! Całe życie się nie uczyłem z książek, zawsze uznawałem tylko wiedzę praktyczną, fach w ręku, ale tu wszyscy myślą inaczej. Wykładowcy po prostu się uwzięli, kazali przychodzić codziennie na zajęcia w garniturach, zadawali nam, biednym studentom, jakieś dziwne i bardzo inteligencko brzmiące pytania, po czym notowali coś w indeksach i zapraszali na poprawkę. Jeszcze czego! To po to tyle czasu męczyłem się w koszuli z o dwa numery za małym kołnierzykiem (dawno nie zakładałem i wyrosłem), aby po wszystkim usłyszeć „do zobaczenia za dwa tygodnie”? Jak tak dalej pójdzie to rzucam w diabły to całe studiowanie. Teraz żałuję, iż w ogóle kończyłem technikum.
Co mnie podkusiło do tej matury? Gdyby nie zlikwidowali poboru, teraz miło spędzałbym czas w jednostce garnizonowej gdzieś poza lubelską Syberią, nad ciepłym morzem lub jeziorem. A tak muszę się zmagać z dziwnymi zachciankami profesorów. Dasz wiarę, że taka gorączka ma miejsce na każdej uczelni wyższej w tym kraju? I to co pół roku! To już jest gruba przesada. Wdziewać garnitur co sześć miesięcy? W domu pomyślą, że do sejmu mnie wzięli, taki elegancki się stanę. Choć wyznam ci szczerze, iż nie to jest najgorsze w tej całej sesji.
Najbardziej stresujące jest zachowanie prowadzących zajęcia. W ciągu roku zazwyczaj spokojni, zawsze tonem głosu pomagali mi zasypiać na wykładach (czynili to z troski o prawidłowy tryb życia studenta), lecz w czasie sesji przechodzą metamorfozę. Zapomnij o spóźnieniach, nie przygotowaniach czy nieobecnościach. Koniec z miłą atmosferą. Zamiast tego pojawiają się frustracja, nerwy i nieporozumienia. Przychodzi taki student na spotkanie z profesorem, nazywane, niewiadomo dlaczego, przez panie z dziekanatu „egzaminem”, i zaczyna się dramat. Profesor miast tradycyjnie zacząć monolog, zadaje pytanie mające na celu sprowokować studenta do rozpoczęcia słowotoku! Mało tego, wykładowca nostalgicznie przerywa egzaminowanemu, żądając jakichś konkretów zamiast „ogólnego ględzenia”. Doszło do tego, iż niektórzy przedstawiciele kadry akademickiej żądali odpowiedzi na postawione przez siebie pytania udzielonej w języku angielskim. I nawet zadawali dane pytanie językiem szekspirowskim! Jeszcze gorzej jest, gdy profesor nie ma czasu – wtedy zwołuje wszystkich studentów na jedną godzinę, daje kartki w dłoń, wyznacza ramy czasowe pracy pisemnej i start! Prawdziwa jazda bez trzymanki, czegoś takiego nie doświadczyłem nawet na dożynkach w ’98. Jak sobie pomyśle, iż jeszcze sesja poprawkowa mnie czeka, dostaje wrzodów żołądka.
No tak, nie powiedziałem Ci jeszcze o dziwnej przypadłości współstudentów, kolegów ze stancji. Otóż tak bardzo denerwują się oni przed rozpoczęciem sesji, iż dosłownie rozpadają się w oczach, psychicznie i fizycznie. Jakub na przykład śpi w dzień, a w nocy się uczy. Robi to, aby, jak mówi, zwiększyć zasobność pamięci, gdyż w nocy odczuwa mniejszy głód niż za dnia, co sprawia, iż je mniej, co z kolei daje mu więcej czasu na zakuwanie. Po kilku dniach takiej kuracji wygląda jak mieszkaniec przedmieść Bagdadu. Krzyś natomiast całkowicie roztroił się psychicznie, będąc nieustannie w napięciu fizycznym. Ma wciąż tak bardzo napięte ciało, iż pojawiły się trudności z załatwianiem niektórych codziennych potrzeb ludzkich. Na dodatek, nocami nie może długo usnąć, szlochając nerwowo i wywołując matkę. Jeśli Ci powiem, iż w mieszkaniu jestem jeszcze ja i na dokładkę moja dziewczyna Zuzia (nie wychodzi z pokoju już piątą dobę, i na każde pytanie reaguje krzykiem – studiuje anatomię) to łatwo możesz sobie wyobrazić, jak bardzo dysfunkcyjnym zjawiskiem jest sesja.
Kończę już swe żale, na weekend ma nas odwiedzić na stancji matka Zuzanny, nota bene pani Krystyna, i trzeba trochę posprzątać mieszkanie. Poza tym muszę zanieść garnitur do pralni, zauważyłem, iż lekko zesztywniał, choć pewnie to wina złej jakości materiału. Teraz wszystko robią w Chinach. Tylko indeksy są „made in Poland”. Ale po co one komu potrzebne?

Jak nowo narodzony, part 2 Styczeń 11, 2010

Posted by zibi in z palca wyssane.
add a comment

(wrzucę tu jeszcze jedną część, a reszta partów [kilkanaście? kilkadziesiąt?] ukaże się już w zbitej części i mam nadzieję, że w trochę innej formie, oraz innej płaszczyźnie niż notka i blogowisko)

Kilka godzin później przekonałem się, co miał na myśli człowiek, który jako pierwszy spośród post-andropoidalnych mieszkańców Ziemi użył przekleństwa. Właśnie w momencie, gdy para odurzonych amatorek piłki nożnej, z wyraźną pomocą swego skacowanego mentora opuściła gościnne progi mego mieszkania, zadzwonił telefon. Co prawda, wibracje aparatu telefonicznego nigdy nie wprawiały mnie w atmosferę wyprzedaży w Zarze czy też nie przypominały mi o smaku Jacka Danielsa, konsumowanego o poranku w domu nowopoznanej wielbicielki mego pisarstwa; lecz tego dnia po prostu mnie przestraszyły. Nie jestem tchórzem. Nie boję się pająków, Gargamela ani wizyty świadków Jehowych. Czasami tylko przerażają mnie konsekwencje bycia personą mego pokroju. Tym razem rzeczone konsekwencje objawiły się jako „Kamila”, od której to połączenie niecierpliwie domagało się mej odpowiedzi. Na marginesie, kobieta ta była niezwykłą symbiozą naturalnego piękna, wrodzonej inteligencji i nabytej wiedzy. Przy okazji, była też moją agentką. Zadziwiające, ale nigdy nie chciałem, aby nasze wzajemne relacje przekroczyły próg sypialni. Co wcale nie odejmowało postaci Kamili piękna, zarówno duszy, jak i ciała. Przede wszystkim ciała. Gdy ją zatrudniałem, nie patrzyłem przecież wewnętrznym okiem w głąb jej osobowości, ale całkiem raźno spoglądałem na wyeksponowany dekolt i kształtnie zaokrągloną pupę. Przecież każdy szanujący się twórca woli mieć do czynienia z młodą, szczupłą i atrakcyjną blondynką niż z podstarzałą Wiesławą z wąsem, o spojrzeniu kulawego jelenia na rykowisku.
Tym bardziej dziwne, że nigdy między nami nie zaiskrzyło. Może to kwestia tego, że Kamila zdecydowanie zbyt często służyła za posłańca, który przynosi złe wieści. Dobre nowiny rozchodziły się z prędkością światła, od przekazywania złych była moja agentka. Lubiłem ją, mimo wszystko. Lecz tamtego dnia wolałbym nie słyszeć jej charakterystycznego głosu. Wystarczająco już byłem przybity perspektywą znoszenia Adama przez okres czasu dłuższy, niż zwykliśmy go nazywać dobą, a tu zapowiadał się ciąg dalszy wieczorku poetyckiego. Istny dance macabre.
– Musimy się spotkać. Kilka spraw nie cierpiących zwłoki. Drobne problemy z nową książką.- Przez telefon Kamila sprawiała dość łopatologiczne wrażenie. Zawsze, gdy miała mi do przekazania jakieś niepomyślne wieści, przybierała pozę robota: zakomunikować – > odejść. Zero emocji, pełen profesjonalizm.
– Powiedz dla odmiany, że wszystko w porządku. Zaproszę Cię na kolację.
Na chwilę zapanowała cisza, po czym Kamila drżącym głosem zakomunikowała mi, iż zdechł mój pies. Rudolf, prezent od pierwszej żony, niezachwiany kompan zimowych wyjazdów w góry, odszedł do pieskiego raju. Zawsze był przewidujący, bestia. Czując nadciągający kryzys wolał zakończyć karierę w świetle jupiterów, niż iść na dno ze swoim wyrozumiałym panem. A podobno tylko kobiety mają intuicję…
-Nie przejmuj się. Wszystko się jakoś ułoży… – wydukała do słuchawki moja agentka. – Potrzebujesz czegoś? – spytała z troską młodej matki.
Zbaraniałem. Śmierć psa wystarczyła, aby zburzyć solidnie i wytrwale budowany wizerunek odpornej na przeciwności losu, zasadniczej i konkretnej bizneswoman. Sytuacja smuciła mnie i śmieszyła jednocześnie. Komuś postronnemu mógłbym wydać się cynicznym draniem – śmiałem się do słuchawki po otrzymaniu wiadomości o śmierci kogoś z rodziny. Pies, według powszechnej opinii, zaliczał się w końcu w poczet członków rodu swych właścicieli. Słyszałem, że niektórzy podciągali koty czy nawet chomiki pod tą teorię. Chyba tylko rybkom akwariowym oszczędzono przymusowego procesu nadawania ludzkich nazwisk. Swoją drogą ciekawie by wyglądało takie połączenie, np. Sir Glonojad Windsor czy też Lady Molinezja Tchatcher; śmietanka rybiej arystokracji. Jakkolwiek, Kamila znała mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, iż nawet, jeśli odczuwam skruchę, żal czy też ogólnie pojęty smutek to zręcznie to ukrywam. Nie należałem do osób łatwo pokazujących to, co naprawdę czują. Maska zimnego drania, dobrze skrojony drogi garnitur, odpowiedni zapach, i już można podbijać świat. Poza tym, śmieszyła mnie ta przesadna troska o los mego włochatego pupila. W ciągu ponad 10-letniego żywota Rudi miał wszystko, czego tylko zażyczyła sobie jego psia dusza. Kiedyś przecież musiał nadejść jego czas. Pech chciał, że stało się to tego feralnego tygodnia.
– Rozumiem, pozory przede wszystkim. Nie zapytasz, jak się to stało?
– Starcza demencja lub wypadek losowy. Trzeciego wyjścia nie ma.
– Masz rację. Caterina najechała na niego przy wjeździe do garażu…
A więc Rudolf skończył pod kołami Jeepa mej pierwszej żony. Po naszym rozwodzie Kasia szybko znalazła nowego amatora swych wdzięków rozmiaru E. Od razu zamieszkała w jego willi pod Gdynią. Rok temu zdecydowałem się oddać jej psa – Rudi źle czuł się w zgiełku stołecznego miasta, również mój niemały przecież apartament nie odpowiadał potrzebom ruchowym labradora. Kasia potraktowała ten gest dość groteskowo – przysłała mi kartkę na święta, a zamiast życzeń poinformowała mnie, iż fakt, że przyjęła psa nic nie znaczy i żebym nie robił sobie nadziei na powrót do związku z nią. Cóż, procesy myślowe nigdy nie były jej mocną stroną, nadrabiała za to uśmiechem i słodkim roztrzepaniem. Mimo to, gdy tylko zorientowałem się, iż umysłowa blondynka to nie tylko poza, którą miała zwabić mnie na ślubny kobierzec, ale raczej jej życiowa misja, szybko uruchomiłem w naszych wzajemnych stosunkach pozycję o nazwie „adwokat”. W międzyczasie, zapoznałem się bliżej z jej koleżanką. Niestety, psychicznie nie odstawała od swej najlepszej przyjaciółki. Gdy trzeba, jestem zasadniczy. Decyzja mogła być tylko jedna. Rozwód minął spokojnie, a z perspektywy czasu mogę rzecz, iż nawet bezproblemowo. 9 lat temu nie byłem jeszcze tak znany i ceniony, aby mój doczesny majątek był kąskiem godnym połakomienia. Zresztą przyziemne impulsy zawsze docierały do Cateriny z pewnym opóźnieniem, więc zanim się zorientowała, było już po sprawie. Zapewne podobnie było tym razem, gdy wjazd do garażu zatarasowało jej pokaźne cielsko starego Rudolfa. Gdy się spostrzegła, było już po ptakach.
– I pomyśleć, że to ja uczyłem ją prowadzić – to jest dopiero ironia! Poza tym, wspominałaś coś o książce, prawda?
– Ach tak, ale to drobnostka, nie ma się czym martwić. Omówimy to u mnie w biurze, dobrze? Przyjedź w wolnej chwili. Do zobaczenia. – rozłączyła się tak szybko, że pożegnanie dobiegło mych uszu jakby z oddali. Widać powoli wracała do formy.

Motor… Styczeń 11, 2010

Posted by zibi in o tym i owym.
1 comment so far

…napędowy. nie często podniecam się piosenkami, a już na pewno prawie nigdy nie dzielę się tym z innymi człekokształtnymi, ale tu zrobię wyjątek. niejako na potwierdzenie powyższej mini-tezy.

The Pretender
(enjoy):
.

.

What if I say I’m not like the others? What if I say I’m not just another one of your plays? You’re the pretender. What if I say that I’ll never surrender?
.
.
.
ps. a tu specjalna wersja pod nazwą „kamuii”, specjalnie dla kazika 😉

Twa praca cię uwięzi Grudzień 18, 2009

Posted by zibi in z życia wzięte.
1 comment so far

Trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów. Ta zasada znana jest od zarania dziejów. Losy pierwszego człowieka, według biblii, to historia ponoszenia skutków jego wyborów. Zycie każdego człowieka toczy się tak,a nie inaczej, ponieważ zrobił to,co robił, nic innego. Jasne, że nie należy uogólniać i moralizować dla zasady. Każdy przypadek różni się od siebie, i nie można z całą mocą i stanowczością twierdzić, iż człowiekowi ukradli samochód, bo mu się należało za jego oszustwa podatkowe; czy też mecz piłkarski wygrała drużyna, która po prostu była lepsza. Przeważnie jednak los oddaje nam to, na co zasłużyliśmy. I tu rodzi się pytanie – czy niektórzy z nas są tak głupi, by o tym nie wiedzieć, czy też dzisiejsze społeczeństwo stało się tak pozbawione podstawowych ludzkich uczuć, że nikt już nie martwi się o konsekwencje swoich podłych, haniebnych i nieludzkich czynów?

Dnia dzisiejszego, tylko na terenie dwóch miast, nota bene związanych historycznie ze złem totalnym, jakim był totalitaryzm w ogóle i hitleryzm w szczególności, doszło do dwóch szczególnie odrażających przestępstw. W Oświęcimiu złodzieje ukradli znad bramy wejściowej do byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego tablicę, wykutą przez więźniów w 1940 roku, której litery tworzyły znany chyba każdemu napis „arbeit macht frei” – czyli „praca czyni wolnym”. W Kętrzynie na Mazurach, w sąsiedztwie byłego hitlerowskiego kompleksu bunkrów, zwanych „wilczym szańcem”, doszło do makabrycznego gwałtu na 13-miesięcznej dziewczynce. Matka rocznego dziecka pozostawała w tym czasie w pozycji horyzontalnej w pokoju obok, będą pod silnym, wysokoprocentowym wpływem alkoholu.

Po zastanowieniu, nie znajduję ani krzty usprawiedliwienia dla złodziei napisu oraz matki zgwałconego dziecka. Celowo nie piszę o domniemanym gwałcicielu, gdyż podejrzany o ten czyn mężczyzna jest prawdopodobnie niepoczytalny psychicznie. Alkohol z zestawieniu z chorobą psychiczną może dać skutki, o jakich nam, ludziom zdrowym na ciele i umyśle, nawet się nie śniło. Nie wyjaśniam tego okropnego gwałtu chorobą psychiczną, dla ścisłości. Nie ma zresztą pewności, iż to właśnie ten być może niepoczytalny człowiek dokonał tak straszliwej rzeczy. Chce tylko powiedzieć, iż za to co się stało pod Kętrzynem w podobnym stopniu odpowiada kobieta, zwana wcześniej matką dziewczynki, co gwałciciel.

W mediach pojawiły się sugestie, iż tablicę z bramy w Oświęcimiu ukradli neonaziści. Takie skojarzenie wydaje się być naturalne, jednak nie koniecznie musi okazać się prawdziwe. Domniemanych sprawców może być mnóstwo. Jedno jest pewne – ktokolwiek to zrobił, zasłużył swoim czynem na społeczny ostracyzm i jak najsurowszą, dopuszczalną przez polskie prawo za tego rodzaju występek, karę. W tej sprawie, podobnie jak w przypadku zgwałconego dziecka, chyba każdy postronny obserwator zadaje sobie pytanie o motyw sprawców. Co pchnęło jednego człowieka do kompletnego zezwierzęcenia względem uczuć i odczuć drugiego człowieka? Przecież rzeczą oczywistą jest, że w obu tych przypadkach konsekwencje nie ominą rzeczywistych sprawców. Jeśli nawet świadomość tego nie powstrzymała tych nieszczęsnych ludzi od wykonania swej „pracy”, to czym można wytłumaczyć takie postępowanie?

Są rzeczy, które po prostu nie mieszczą się w głowie. Kradzież jednego z symboli wymordowania ponad miliona ludzi, czy gwałt na dopiero przecież co urodzonym, 13-miesięcznym dziecku, z pewnością kwalifikują się do tego rodzaju zjawisk. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ludzie za to odpowiedzialni dostaną w swoim czasie to, na co sobie powyższymi czynami zasłużyli. Oby całe społeczeństwo pamiętało, że za swoje przewinienia każdego spotka kiedyś zasłużona kara. Każdy normalny człowiek ma już dosyć odnotowywania kolejnych doniesień o tego typu zbrodniach. Obawiam się, iż nadzieja, to jedyne co nam pozostało w walce z narastającą obojętnością i zezwierzęceniem co poniektórych z ludzi. A sama nadzieja może nie wystarczyć.

Mimo wszystko, mam nadzieję, że sprawcy obu z wymienianych czynów pożałują kiedyś swojej przestępczej „pracy”. W to, w jaki sposób się to stanie, nie ingeruję. Pozostaje mi tylko nadzieja, iż w końcu się to stanie. Znów tylko nadzieja…

Jak nowo narodzony, part 1 Grudzień 10, 2009

Posted by zibi in z palca wyssane.
Tags:
add a comment

Po pierwsze – to był zajebiście ciężki tydzień.
Wszystko zaczęło się w ten nieszczęsny poniedziałek. Wstając rano, o mało co nie rozwaliłem sobie nogi o potłuczony kieliszek do wina. Reszta symboli całodobowej imprezy dnia poprzedniego walała się po całym mieszkaniu, nie byle jakim zresztą apartamencie. W końcu po 10 latach pisania wspaniałych powieści wszelkiej maści człowieka stać było na coś więcej niż mikrofalówkę i stare audi. Jeśli pozycję społeczną człowieka mierzyć ilością kluczy, których używa, to moja własna sytuacja prezentowałaby się w nadzwyczaj pięknych barwach. Pęk kluczy wielkości dorodnej świnki morskiej w lodówce nie zdziwił mnie jednak aż tak bardzo, jak sytuacja, którą zastałem w salonie.
W tym pomieszczeniu, urządzonym w nurcie bogatego postmodernizmu, spoczywały na skórzanej kanapie dwie rozebrane kobiety. Widok nagiej przedstawicielki płci pięknej nie jest mi wcale obcy, jednak głowę bym dał, że tych dwóch nie znałem. Wszystko stało się jasne, gdy gdzieś z okolic kolumn dźwiękowych pokaźnego kina domowego doszło do mych uszu donośne beknięcie. „Adam” – pomyślałem i co gorsza miałem rację, bo po tym odgłosie w pokoju zapanowała harmonia dźwięków bliżej nieokreślonych. Że też koleś zawsze musi śpiewać, gdy ma kaca. Takiej Mandarynie czy innej Ewie Sonnet producenci płacą za to grubą kasę, a ten tutaj naraża się, co najwyżej na zarobienie kilku prawych sierpów w symfonii z podbródkowymi. Jakby tego było mało, Adam zauważył mnie pierwszy i nie omieszkał głośno skomentować tego, co widzi;
-Michał, staaary, co ci się stało? Wyglądasz jak po odwiedzinach teściowej.
Cwaniaczek, dobre pytanie zważywszy na okoliczności.
-Ze mną wszystko w porządku, natomiast tobie może się zaraz pogorszyć, jeśli mi nie wyjaśnisz, co się tu dzieje – jako gospodarz czułem się zażenowany faktem, iż do mego domu ktoś sprowadził w nocy dwie laski i to nie byłem ja. Dziwne, ale rzeczone piękności dalej spały. Mniej dziwne, gdy powiążemy ten stan z zamiłowaniem Adasia do wciągania nosem kokainowych kresek. A już w ogóle przestaje być dziwne, gdy skojarzymy, że chłop ma miękkie serce i zawsze podzieli się z bliźnim w potrzebie. Jakby nie było, będzie bardzo miło, czy jakoś tak…
-Co ty, Miki, przecież robiłeś domówkę, nie pamiętasz?
-Taaa, po godzinie 3 w nocy własnoręcznie pomogłem ostatniemu imprezowiczowi opuścić lokal. Stąd moja ciekawość. Przyznasz sam, raczej uzasadniona, co? – rzuciłem pro forma, choć dobrze widziałem, iż umysł Adama po nocnych szaleństwach nie wykazywał skłonności do myślenia, a przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Poza tym zdrobnienie mego imienia w ustach kolegi zawsze oznaczało nadchodzące nieszczęście. Tym razem pioruny zaczęły walić od razu po pierwszej chmurce.
-Baśka mnie wyrzuciła, więc jestem – zaczął. – Powiedziała, że to koniec. Chce rozwodu, jędza. I co miałem robić? Wziąłem auto i jestem.
-A te zgrzane panny to co, twój bagaż? – zapytałem z głupia frant, choć odpowiedź mogła być tylko jedna.
-Fanki. Same mnie wyczaiły na stacji benzynowej. A wiesz, jaki jestem, nie odmawiam…
-…potrzebującym. Wiem. – jeśli zapomniałem dodać, że Adaś był gwiazdą piłki nożnej, to właśnie to robię. Zresztą sam zasób jego słownictwa wskazywał, że w szkole za książkami nie przepadał. Czasami zastanawiam się, dlaczego toleruję go i uważam za przyjaciela, bo przecież nie za filmową urodę przystojniaka rodem z Kolumbii czy tym bardziej za- mniej niż skromne konto w banku. Chwile takie jak ta wcale nie pomagały mi w znalezieniu odpowiedzi.
-Także sam rozumiesz – kontynuował Ronaldinho polskiego futbolu – musimy trochę razem pomieszkać…
W tym momencie poczułem się jak przed ścięciem. Przed oczami przebiegało mi całe życie, a ja kurczowo starałem się znaleźć moment, w którym zasłużyłem sobie na tak straszną pokutę. Zauważyłem w myślach minę pierwszej żony, gdy dowiedziała się, że ją zdradzam z jej koleżanką. Nieee, to nie to, przecież ona też chędożyła na boku, byliśmy kwita. To już bardziej byłbym w stanie uwierzyć, że to zemsta sąsiada za bliższe zapoznanie się z jego żoną. Choć przyjemniaczek już mi się odwdzięczył , liftingując trochę za mocno mego nowiutkiego mercedesa. Bilans prawie na zero. Ale zaraz, już wiem. Tak, niestety, to na pewno to. Los pokarał mnie za zdradę drugiej żony. Było to całkiem świeże i niestety zawistna kobieta nie zdążyła jeszcze się na mnie odegrać. Do tej chwili. Właśnie całkiem nieoczekiwanie i nieświadomie tryumfowała. Dlaczego zgodziłem się na wykonanie japońskiego masażu stóp jej koleżance? Przecież widziałem, jaki będzie finał tej orientalnej maskarady. Tym bardziej, że przyjaciółka mojej ex nawet w ubraniu wyglądała jak zachód słońca nad Pacyfikiem. Cóż, w kwestii kobiet chyba na zawsze pozostanę bezbronny niczym dziecko…
-Ziemia do Michała, odbiór. Masz piwo?- Nic tak nie poprawia mężczyźnie nastroju z samego rana jak zimny browar. Tym jednym zdaniem Adam zadomowił się w moim mieszkaniu, niczym wirus komputerowy w osiedlowej kafejce internetowej. Jeden fałszywy krok i po sprawie.
-W lodówce – w chwili nagłego ataku szczękościsku na tyle było mnie stać. Myśl o tym jak bardzo zmieni się moje piękne i ułożone życie w codziennej kompanii tego niespełnionego śpiewaka, przyprawiła mnie o palpitacje włosów na klacie. A mam się czym pochwalić, żeby nie było.
-Adam, na początku, musimy ustalić kilka rzeczy – powiedziałem, siadając gdzieś w pobliżu nóg jednej z paliwowych królewien piękności.
-Acha, to ja może sam pójdę po to piwo – trzeba mu przyznać, że z odpowiednią motywacją naprawdę był szybki. Ciekawe, o czym myślał, grając w piłkę? Może o zbliżającej się przerwie na papierosa. „Ironię odłóż na potem”, głos rozsądku zaszeptał mi do ucha. Rozejrzałem się po okolicznym pobojowisku i stwierdziłem, że to jest właśnie żywa definicja stajni Augiasza. A to miał być dopiero początek. Przecież dzień ledwo co się skurczył, nie mówiąc już o tygodniu.
-Będzie wesoło – mimowolnie zadrgały mi struny głosowe. Oj będzie. Już po kilku minutach poniedziałku czułem się jak nowo narodzony, wyrwany z matczynego łona prosto w wiadro z fekaliami. To co będzie jutro, o ile doświadczenia najbliższych kilku godzin pozwolą mi tego doczekać? Wolałem już nic nie mówić…

11 listopada – Historia od kuchni Listopad 11, 2009

Posted by zibi in historycznie.
add a comment

Dziesiąty listopada 1918 roku. Blady świt – Warszawa dopiero budzi się do życia. Na miejskim dworcu kolejowym grupka ludzi ze zniecierpliwieniem oczekuje przyjazdu pociągu. Wreszcie, kilka minut po godzinie siódmej, na peron wjeżdża niewielkich rozmiarów lokomotywa, ciągnąc za sobą kilka wagonów. Pierwszą osobą, która wysiadła z jednego z przedziałów jest postawny mężczyzna z imponującymi wąsami. Chyba nikt z obecnych wówczas na warszawskim dworcu kolejowym nie przypuszczał, że ta dość kameralna scena zostanie zapamiętana w historii odrodzonego państwa polskiego. Stało się tak, gdyż tego dnia do stolicy zniewolonego od stu dwudziestu trzech lat kraju przybył brygadier Józef Piłsudski.

Niewiele brakowało a historia odzyskania przez Polskę niepodległości byłaby nierozerwalnie związana z Lublinem! Mało kto wie, iż Piłsudski świeżo po przyjeździe do Warszawy chciał udać się właśnie do Lublina, gdzie Ignacy Daszyński z Polskiej Partii Socjalistycznej, z którą związany był przyszły marszałek, powołał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Rząd ten, powstały 7-go listopada, nie był oczywiście reprezentantem całego narodu; raczej samozwańczym organem władzy powołanym przez partie polityczne tzw. lewicy niepodległościowej. Piłsudski, jako działacz PPS-u, chciał wraz ze swymi przedwojennymi towarzyszami objąć władzę, dokonując tego na „wolnej ziemi”, czyli w wyzwolonym już spod okupacji Lublinie.

Od wyjazdu do Lublina odwlekł Piłsudskiego przedstawiciel oficjalnie sprawującej władzę na ziemiach polskich Rady Regencyjnej, ksiądz Zdzisław Lubomirski. Argumentował on, iż Warszawa dosłownie za kilka godzin też będzie formalnie wolna. Jego argumenty były uzasadnione, ponieważ już 9-go listopada w Warszawie gruchnęła wieść o spodziewanej kapitulacji Niemców. Tego też dnia zaczęło się masowe rozbrajanie żołnierzy niemieckich w stolicy. I rzeczywiście, 11-go listopada, w dniu podpisania kapitulacji Niemiec, Warszawa była w większości opanowana przez Polaków, jak również stała się formalnie zarządzana polskimi rękami.

Sytuacja do działania była wręcz idealna dla Piłsudskiego. Brygadier zdawał sobie sprawę, iż jest jedynym Polakiem zdolnym swym autorytetem zapanować nad powojennym rozgardiaszem, panującym w kraju. Wszystkie okoliczności zdawały się mu sprzyjać – Rada Regencyjna w niedwuznaczny sposób proponowała mu władzę, rozsyłając do miast, gdzie tworzyły się zalążki polskiej administracji ( Lublin, Poznań, Kraków) depeszę, w której stwierdzała, iż okupacja niemiecka jest już przeszłością. Regenci tytułowali w niej Piłsudskiego komendantem, i wzywali przedstawicieli partii i ruchów niepodległościowych do Warszawy w celu sformułowania ogólnopolskiego Rządu Narodowego.
Przyszły Naczelnik Państwa dysponował ponadto poparciem „rządu przyjaciół” z Lublina, oraz niemalże wszystkich polskich organizacji i jednostek wojskowych, na czele z Polską Organizacją Wojskową oraz Legionami. Co więcej, główny konkurent polityczny Piłsudskiego, Roman Dmowski był daleko od kraju, w Paryżu, gdzie wraz z Komitetem Narodowym Polskim działał aktywnie na rzecz sprawy polskiej. Inicjatywa należy więc do Piłsudskiego.

Wieczorem 11-go listopada Rada Regencyjna powierza brygadierowi władzę wojskową i naczelne dowództwo wojsk polskich. Piłsudski oczywiście funkcje przyjmuje, i następnego dnia ogłasza na cały kraj, iż podejmuje się tworzenia Rządu Narodowego. 18-go listopada ostatecznie zatwierdza nowopowstały rząd, pod przewodnictwem Jędrzeja Moraczewskiego. Kandydatura Ignacego Daszyńskiego na premiera poległa pod naporem polityków prawicowych, obecnych w świeżo sformułowanym rządzie, którzy, delikatnie mówiąc, za Daszyńskim nie przepadali. Dwa dni wcześniej, 16-go listopada, Piłsudski wystosował pismo, skierowane do prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej Thomasa W. Wilsona, oraz wszystkich innych przywódców pozostałych państwa świata, w którym notyfikował powstanie niezależnego i niepodległego państwa polskiego, obejmującego wszelkie ziemie zjednoczonej Polski. Naczelnik państwa przypomniał tym samym całemu światu, iż Polska znów staje się obecna na arenie międzynarodowej.

Jak widać, wydarzenie mające miejsce na ziemiach polskich 11-go listopada były niejako elementem całej polityczno-wojskowej układanki, której na imię niepodległość. Tego dnia podpisano również na froncie zachodnim kapitulację Niemiec. Ten fakt, oraz wymienione w powyższym tekście wydarzenia, swoją rangą niejako w naturalny sposób zadecydowały o ustanowieniu 11-go listopada polskiego dnia niepodległości. Czy Piłsudski domyślał się, jak potoczą się wydarzenia kilku następnych dni, wracając dziesiątego listopada do Warszawy po okresie uwięzienia w twierdzy Magdeburg? Tego nie dowiemy się już nigdy. Możemy tylko podziwiać to, co udało mu się dokonać, obchodząc nasze Święto Niepodległości.

Grzęda – czyli rubryka dla jaj Listopad 5, 2009

Posted by zibi in o tym i owym.
1 comment so far

ŚMIESZNY JEST TEN ŚWIAT
.
.
Świat pełen jest paradoksów – to fakt. Ludzie (w tym zacnym gronie znalazło się o dziwo miejsce również dla niżej podpisanego) przyzwyczaili się z tego powodu narzekać i grymasić, zupełnie jak Kubuś Puchatek, gdy odkryje zasadę „znikania miodu ze słoika pod wpływem jedzenia”. Nie oszukujmy się – sytuacje co najmniej groteskowe pozostaną obecne w naszym życiu tak samo częste, jak były do tej pory. Prawo nie stanie się nagle przejrzyste, zrozumiałe i klarowne niczym górska woda z Poronina; politycy nie przestaną zachowywać się jak małe dziecko, które mamusia wysłała do warzywniaka po kapustę, lecz zapomniała dać pieniążków; drogi nie staną się proste i dziuroodporne niczym najnowsza kamizelka kuloodporna produkcji rosyjskiej; wreszcie urzędy dalej będą konstruowane na planach wieży Babel, a w szpitalach w godzinach obiadowych pacjenci ciągle otrzymywać będą „dania” trzy razy uboższe w składniki odżywcze, niż ma to miejsce w więzieniach, oraz dziesięć razy gorsze smakowo, niż pewna znana i nie lubiana pasztetowa, znanej i dla odmiany lubianej firmy drobiarskiej. Dlatego, jeśli mocą żadną nie jesteśmy w stanie nie denerwować się spotykając na każdym kroku scenerię zupełnie jak z opowiadań Mrożka – nauczmy się z niej śmiać. Po prostu, po ludzku. Śmiać się przez duże Ś. Bo przecież otoczenie wokół nas bezustannie dostarcza nam powodów do (u)śmiechu. Przemilczę tutaj szeroko rozumianą politykę, bo z tej akurat potrafi śmiać się nawet policjant po kilkugodzinnym patrolu, i to nawet nie tylko dlatego, że niektórzy przedstawiciele naszej polityki wyglądem przypominają wymarłe dawno temu diplodoki. Przykładowo, udając się do Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie, w celu załatwienia przeróżnych spraw formalnych, statystyczny Kowalski po spędzeniu kilku godzin biegając od Annasza do Kajfasza w poszukiwaniu konkretnych pokoi i konkretnych urzędników, w końcu wychodząc z rzeczonego urzędu zapewne nie załatwi tego, po co przyszedł do okazałego rezydencji władz wojewódzkich, ale za to ma niebanalną szansę napełnić swój przepracowany żołądek przysmakami, które serwowane są w urzędowym bufecie po zaskakująco przyziemnych cenach. Czy sama Olga Lipińska nie wymyśliłaby lepszej scenki rodzajowej? Śmiem wątpić. A przecież to tylko pierwszy z brzegu przykład, wybrany po kilkusekundowej selekcji. Przykłady mnożą się, zupełnie jak przybywa na naszej planecie jej dwunożnych mieszkańców z gatunku homo sapiens. Zresztą, pomyślcie sami, drodzy czytelnicy. Czy w waszej pamięci nie ujawniają się przypadkiem sytuacje, które poziomem autoparadoksu nie zakrywają na wysokiej klasy kabaret? No właśnie. Jedyne co trzeba zrobić, to takie zdarzenia kodować, a później po prostu się z nich śmiać. Bo, parafrazując klasyka, śmiać się każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi, ufff. Albo raczej ha. Hahahahaaaa…

Miłość w Warszawie Październik 28, 2009

Posted by zibi in o tym i owym.
add a comment

Karolina była ulicznicą, jedną z wielu na Pradze. Z grona warszawskich prostytutek nie wyróżniała się niczym, poza spojrzeniem, zgoła odmiennym od wzroku innych kobiet. Jej oczy, jasnozielone niczym wczesnowiosenna trawa, skropiona poranną rosą, musiały przykuwać uwagę mężczyzn. Najprawdopodobniej to właśnie niebanalne spojrzenie przywróciło w głowie Mirona, jadącego swoją sfatygowaną Felicją wzdłuż Alei Jerzego Waszyngtona, wspomnienia ukochanej kobiety z czasów studiów. Jeszcze młody, choć wizualnie poharatany przez życie mężczyzna miał właśnie skręcić w Modrzewiową, gdy na pobliskim przystanku autobusowym dostrzegł zerkającą na niego kobietę w średnim wieku. Niewiele się namyślając gwałtownym ruchem kierownicy zmienił pas ruchu, cudem uniknął kolizji z nadjeżdżającym z tyłu z nadmierną prędkością Audi 80, po czym zaparkował przy wyjeździe z zatoczki autobusowej. Wysiadł z samochodu, i niespodziewanie raźnym jak na zakompleksionego urzędnika Poczty Polskiej krokiem ruszył w stronę stojącej zaledwie kilka metrów dalej Karoliny. Miron znał profesję, którą się trudniła, w końcu od czasu zakończenia wspólnego studiowania zbierał wszelkie możliwe informacje na jej temat. I choć przez całe pięć lat znajomości odezwał się do dziewczyny raptem kilka razy, teraz, o ironio, doskonale wiedział co ma powiedzieć.
– Ile za godzinę? – wypalił bez krępacji, niczym pytając o cenę niebieskich Cameli w kiosku z papierosami.
– Dla ciebie za drogo. – odparła Karolina, z wyczuwalną intencją spławienia frajera.
– Mam pieniądze. Wsiadaj – machając plikiem stuzłotówek z nieodebranych przez kilkoro inwalidów rent, wskazał jej drzwi swego wehikułu.
-Godzina, nie więcej…
-Wsiadaj – powtórzył, po czym zdecydowanym popchnięciem rozwiał jakiekolwiek wątpliwości, zrodzone w umyśle dość inteligentnej przecież prostytutki.
Udali się do kawalerki Mirona. W samochodzie nie rozmawiali wcale, bo niby o czym ma rozmawiać mężczyzna taki jak on z kobietą taką jak ona? Ciszę przerwał dopiero stukot obcasów Karoliny na klatce schodowej bloku Mirona. Po wejściu do mieszkania urzędnik od razu zabrał się do „roboty”. Werwa młodego dzika, z jaką Miron zaczął ściągać z niej ubranie, raczej zaciekawiła, niż podekscytowała Karolinę. „Jakiś dziwny ten koleś” – pomyślała. Dalszą gimnastykę umysłu przerwały kobiecie męskiej dłonie, ściągające nerwowo majtki z jej raczej płaskich pośladków. Miron nie patyczkował się, dawał upust swoim od dawna skrywanym fantazjom erotycznym. Karolina miotana przez mężczyznę z pozycji w pozycję, wydawała z siebie nieudawane okrzyki zadowolenia. Obopólna orgia trwała około czterdziestu minut, po czym skończyła się tak samo gwałtownie, jak się zaczęła. Kobieta dysząc ciężko opadła na łóżko, lecz Miron miast spocząć obok niej, usiadł w pobliskim fotelu z wzrokiem utkwionym w Karolinie.
– Nie poznajesz mnie? – Miron sprecyzował minę, którą wyrażała jego twarz.
– Nie. To my się znamy?
– Tak. Jestem Miron, z Wyszyńskiego.
– Ach taaak, już sobie przypominam. To ty chodziłeś za mną niczym pies przez te kilka lat – zadrwiła.
– Tak. Kochałem cię. I chyba nadal kocham – wydukał Miron.
Śmiech kobiety był doskonale słyszany w całej kamienicy, mimo ogólnego harmidru panującego w bloku.
– Chłopcze, zapłać mi, i daj spokój. Chyba coś ci się pomieszało.
– Nie musisz robić tego co teraz. Karolina, ja cię kocham, i nie pozwolę ci wrócić do szmacenia się. Nie! – postawił się Miron.
– Śnisz na jawie, chłoptasiu. Dawaj kasę albo dzwonię po kogoś, kto ci przypomni smak szpitalnego rosołku.
– Ale…
– Dość. Pieniądze.
– Dobrze, twoja decyzja.
Miron wstał i udał się do przedpokoju, gdzie na podłodze leżała jego pognieciona kurtka z portfelem w środku. Kobiety nie zaalarmowała łza spływająca po jego policzku, którą zresztą odruchowo wytarł. Gdy zamiast spodziewanych stuzłotówek ujrzała w dłoni mężczyzny pistolet, było już za późno.
– Ale… – wyrzuciła z siebie przerażona i zdziwiona jednocześnie.
– Dość – uciął Miron, po czym bez mrugnięcia okiem wzniósł lufę swego Makarova na wysokość piersi kobiety i trzykrotnie nacisnął na spust.
Krew chlusnęła mu na twarz mimo odległości dzielącej koniec pistoletu od ciała Karoliny. Miron niczym w transie przyłożył sobie lufę do skroni, po czym mimowolnie roniąc kilka łez powtórnie nacisnął spust. Jednak tym razem wysłużony radziecki kulomiot nie zadziałał. Mężczyzna mechanicznie powtórzył kilkakrotnie ostatnią spodziewaną czynność w swym nieszczęśliwym życiu, jednak śmierć nie była dla niego łaskawa. Pistolet się zaciął. Miron, zalewając się łzami, padł na poplamiony krwią dywan. Nie wiedział dlaczego płacze. Może płakał nad swoim nieszczęśliwym życiem, którego nie mógł skończyć, a może nad podobnym żywotem Karoliny, której jednak z wydatną pomocą pocztowca udało się ze sobą skończyć. Miron płakał, choć wcale nie było mu żal kobiety. Jego płacz niósł się echem po wyludniałej nagle klatce schodowej starej kamienicy…

Wnioski ze Szpakowskiego i Juskowiaka Październik 14, 2009

Posted by zibi in owe sportowe dywagacje.
Tags: , ,
1 comment so far

Reprezentacja Polski, po wspaniałym meczu, którego nie oddała bez walki, i który rozgrywany na innej murawie z pewnością zakończyłby się innym wynikiem, przegrała pechowo z wybijającymi nerwowo piłkę byle dalej Słowakami.

-Pożegnanie z RPA po walce.

-Słowacy mają niesamowite szczęście, nigdy nawet żadna drużyna klubowa nie miała tyle szczęscia.

-Mucha byle dalej, z dala od bramki.

-I teraz Jańczyyyyyykkkkkk… obok bramki Muchy.

-Ooooobraniak, ajjj!

-Słowacy nerwowo byle dalej.

-I goooollll. Nie !!!

-Długa piłka, wybicie Słowaków.

-Dudek/Peszko/Lewandowski/anybody z poświęceniem.

-Ewidentny rzut karny, szczęście Słowaków.

-Nawet nie wywalczył rzutu rożnego.

-Gancarczyk z poświęceniem.

-Już Słowacy świętują, Słoweńcy (!) wygrywają.

-Zasłużyliśmy dziś na pewno na więcej.

-Mieliśmy za dużo nieszczęścia, i pecha.

-Nie chce żebyś ryzykował życiem, więc zmykaj do szatni (Patyra).

-Mieliśmy dziś dużo pecha.

-Kończymy z nadzieją.

-Brożek z poświęceniem, Słowacy byle dalej na aut.

-Kolejna wspaniała akcja polskiego zespołu.

I na koniec hit – czyli Stefan „Doktor” Majewski:

„ja dziś nie myślę”